Kontakt | Konkursy | Interaktywna mapa | Bank wiedzy| Zaloguj się  
   
 

Portal "Zielone Karpaty" jest finansowany ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Bank wiedzy
<< poprzedni artykuł następny artykuł >>

O psuciu mleka - wiedza i praktyki mieszkańców Bojkowszczyzny w zakresie ochrony krów przed wiedźmami

Magdalena Zadróżna

Libuhora_1Bojkowszczyzna, obejmująca tereny od źródeł Solinki i Wysokiego Działu w Bieszczadach do źródeł Łomnicy, to historyczno – etnograficzny obszar położony między Łemkowszczyzną a Huculszczyzną, przede wszystkim w ukraińskiej części Karpat. Nazwę zamieszkującej tam ludności – Bojków - według jednej z teorii, wywodzi się od wołów, z handlu którymi słynął ten region, jeszcze przed II wojną światową. Hodowli bydła i owiec sprzyjały warunki naturalne, które, podobnie jak i w innych rejonach Karpat, prócz niekorzystnej dla rolnictwa gleby, dostarczały znakomitej jakości paszy. Mimo to głównym zajęciem zamieszkującej tam ludności było ekstensywne rolnictwo, jednak nie było ono w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb gospodarstwa. Pomocniczą rolę pełniło pasterstwo - zwierzęta hodowano nie tylko dla mleka, mięsa, czy siły pociągowej, ale i nawozu (Tywodar 1994, s.58). Chów zwierząt był też źródłem pieniędzy, często jedynym, co w zasadzie nie zmieniło się do dzisiejszych czasów.

Mimo iż dziś z bogatych pasterskich tradycji pozostało stosunkowo niewiele - hodowla owiec w zasadzie zanikła, a zwierząt nie wypasa się sezonowo na połoninach jak niegdyś, to bydło, jako jedno z podstawowych źródeł pożywienia i gotówki, stanowi nieodłączny element w życiu każdego gospodarza i jest nadal wysoko wartościowane. Przetrwało też (przynajmniej w pamięci) sporo z dawnych wierzeń i praktyk, często o charakterze magicznym, związanych z zapewnieniem zwierzętom ochrony i mleczności, bowiem na krowy czyhało wiele zagrożeń nie tylko na pastwisku, ale i w zaciszu oborze.

Jednym z rodzajów tych zagrożeń były (i są nadal, jak twierdzą niektórzy) bosurkani (posurkani, wid’my, worożky, czarywnyky) – kobiety odbierające mleko krowom. Motyw ten jest znany z badań etnograficznych na terenie niemal całej Polski i Słowiańszczyzny (por. np. E. Majewski 1903), jest też stosunkowo stary. Niektórzy badacze wiążą go z ideami, które napływały na tereny Polski w okresie kontrreformacji z zachodu, a oskarżenia o tego typu praktyki można znaleźć w siedemnastowiecznych (i późniejszych) polskich procesach o czary (Baranowski 1967, s.90).

Przemierzając wsie zachodniej Bojkowszczyzny w ostatnich latach [1], spotkałam się z licznymi opowieściami tego typu, choć zdania na temat bosurkanił były podzielone. Część moich rozmówców była zdania, że nie można zabrać krowie mleka, traktowała takie historie jak zabobony, a ewentualne problemy ze zwierzętami przypisywała chorobom. Powtarzano stare powiedzenie: u korowy mołoko na jazyki – jeśli krowę nakarmi się dobrze, to będzie i mleko. Większość osób jednak, zwłaszcza starszych, choć również uważała, że dobre karmienie jest podstawą, nie wykluczała możliwości odbierania mleka krowom, twierdziła, że zdarzały się i nadal zdarzają (choć rzadziej) takie wypadki.

Skutki przypisywane działalności bosurkanił nie ograniczały się jedynie do tego, że krowy przestawały dawać mleko lub dawały go mniej. Mleko mogło również łatwo się psuć, mieć dziwny kolor lub zapach, niewłaściwą konsystencję, być jak smoła. Zwierzęta natomiast często ryczały, biegały jak durne, mogły nawet doić się krwią lub czystą wodą. Jak widać w działalności tych wiedźm można było znaleźć wytłumaczenie dla szerokiego wachlarza dolegliwości przytrafiających się krowom, chyba niekoniecznie zawsze spowodowanych magicznymi działaniami.

Praktykami związanymi z odbierLibuhora_2aniem mleka krowom zajmowały się przede wszystkim kobiety. W ciągu roku było kilka dni ich wzmożonej aktywności – przede wszystkim Rusalna Pjatnica przed Zielonymi Świętami, ale też Błahowiszczennia (Zwiastowanie), dzień św. Jerzego (6 maja), Boże Ciało, choć, jak mi mówiono: hto chce to i zrobi i nie trzeba mu piątka. Warto zwrócić uwagę, że w zasadzie wszystkie wymienione wyżej święta przynależą do okresu wiosennego – w tradycyjnej kulturze ludowej czasu silnie związanego z zapładniającą magią wody (Ciołek 1976, s. 94), która to pod postacią rosy, jak zobaczymy dalej, często pojawiała się w opowieściach o działaniach bosurkanił w Rusalną (czy może właśnie Rosalną) Pjatnicę.

Z duchami wody działającymi w tym okresie wiążą się też rusałki (boginki o postaciach młodych dziewcząt znane z demonologii słowiańskiej), od których, zdaniem niektórych, pochodzi nazwa Rusalna Pjatnica (Rosalja, Rosalka, nieraz Rusalnyj Tyżdeń – Tydzień Rusałek). Mało kto potrafił mi o nich coś konkretnego powiedzieć, najwięcej usłyszałam od dzieci - opowiadały mi o rusałkach (których najwięcej ma być w lesie na Iwana Kupała – św. Jana) porywających ludzkie dusze, a nawet i ciała, tak, że po człowieku pozostaje jedynie ubranie. Opowieści tego typu zapewne są przekazywane przez najstarsze pokolenie.

Rosie w kulturze ludowej przypisuje się właściwości zapładniające, oMatkiwdradzające i lecznicze, a także, ze względu na czas, w którym się pojawia, traktowana jest jako substancja graniczna i mediacyjna, co tłumaczy jej częste wykorzystywanie w zabiegach magicznych i leczniczych, nie tylko na terenie Bojkowszczyzny (Kowalski 1998, s.497), choć i tu spotkałam się z takimi historiami. Zgodnie z dawniejszymi wierzeniami dobrze jest się myć rano w rosie lub chodzić po niej boso - ma to zapewnić zdrowie, urodę i długie życie. Niektórzy, głównie osoby starsze i dzieci, robią tak do dziś. Rosa również, jak już wspominałam, często pojawiała się w opisach magicznych zabiegów mających prowadzić do odebrania krowie mleka i choć chyba każdy z moich rozmówców twierdził, że nie wie (i nie chce wiedzieć) jak bosurkanie to robią, w sumie usłyszałam sporo opowieści na ten temat.

Wiedźmy te chodziły po pastwiskach oraz zakradały się do cudzych obór zwykle o świcie, do tego zupełnie nagie, czasem nawet przemieniały się w żaby, co zdecydowanie utrudniało ich rozpoznanie. Mówi się, że sypały sól po drogach, którymi chodziły zwierzęta, zbierały rosę i krowie ślady, tj. trawę z miejsc, gdzie stąpały zwierzęta, nie wiadomo jednak dokładnie, co dalej z tym robiły, często słyszałam, że potem dawały do zjedzenia swoim zwierzętom i tym sposobem odbierały cudzym krowom mleko. Kobiety te zwykle nie wypasały swoich krów ze wszystkimi, nie pozwalały też, by ktoś zaglądał do ich obory. Były przypadki, kiedy w ogóle nie trzymały w nich zwierząt (tylko udawały), a mleko doiły z cudzych krów przez zawieszony sznurek. Gdy zdarzyło się komuś podejrzeć taką kobietę, ze sznurka zaczynała lać się krew.

Zdarzały się również kobiety hodujące w tym celu żmije – mieszkały z nimi, karmiły i wydawały im rozkazy. Nadal można usłyszeć opowieści o opuszczonych chatach, w których nawet po śmierci właścicielek lęgły się żmije. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że słyszał o dość makabrycznych praktykach wykonywanych przez te kobiety: miały one odcinać wężom głowy i hodować w nich czosnek, a gdy wyrosły z niego liście, odcinały je i dawały do zjedzenia krowie.

Problem bosurkanił był często przyczyną konfliktów, zwłaszcza między sąsiadami – często wzajemnie oskarżano się o odbieranie mleka czy wyrządzanie innych krzywd czarami. Takie praktyki, jak tłumaczyli mi rozmówcy sceptycznie nastawieni do wróżek, zarzucano zwykle dobrym gospodyniom – tym, które po prostu mają rękę do krów i tym samym więcej niż inni mleka. To, jak istotny był to niegdyś problem może świadczyć fakt, że cerkiew we wsi Krasne (spłonęła w 1931 roku) była założona właśnie przeciwko bosurkaniom, jako sprawczynie ciągłych kłótni i zła.

Ocena moralna takich praktyk była jednoznaczna - uważano je za złe, zabronione i grzeszne. Moi rozmówcy byli przekonani, że ludzi tych musiała spotkać kara, jeśli nie za życia, to na pewno po śmierci, bowiem każdy odpowie za swoje czyny.

OsMatkiw_pasący mężczyznaoby zajmujące się kradzieżą i psuciem mleka, jak wynika z tego, co słyszałam, miały świadomość tego, że źle robią i wszelkimi możliwymi sposobami starały się zapewnić sobie zbawienie. Miał im w tym pomóc kontakt ze świętością – w Wełykdeń (Wielkanoc) starały znaleźć się jak najbliżej swjaszczennyka (księdza). Kiedy święcił pokarmy, próbowały dotknąć jego odzienia, a gdy z cerkwi wynoszono płaszczennycu i wszyscy wychodzili, one starały się zostać w budynku. Mimo tych starań zwykle ich śmierć była ciężka, co pozwala domyślać się, że sposób umierania jest odbiciem życia człowieka.

Również po śmierci z ciałem takich osób mogły się dziać dziwne rzeczy, zdradzające, czym zajmowała się ona za życia. Usłyszałam wiele opowieści o tym jak z ust, uszu, oczu i nosa zmarłej bosurkani lało się mleko – zapewne te, które odebrała innym. Podobno ostatni taki przypadek miał miejsce kilka lat temu w jednej z bojkowskich wsi.

Mimo, iż wszelkie działania magiczne i im podobne zachowania spotykały się z powszechną, przynajmniej deklarowaną, naganą, jako działania ne z Bohom, to równocześnie dobrze było wiedzieć jak zapewnić sobie przed nimi ochronę, a w razie czego i pomoc, ewentualnie do kogo w jej poszukiwaniu się udać. Jak mi mówiono: kto mądry, ten cudzego nie chce, a swojego nie da.

Do najskuteczniejszych sposobów ochrony przed zakusami bosurkanił należało przede wszystkim pilnowanie własnych zwierząt i obejścia. Obory zamykano na kłódkę, dawniej nawet zabijano w nich okna deskami, niektórzy gospodarze osobiście stróżowali w noce poprzedzające dni aktywności tych wiedźm Nie należało również w te dni wpuszczać nikogo obcego do chaty (a tym bardziej do obory), nic nie pożyczać ani nie sprzedawać (zwłaszcza nabiału). Ochronę miała również zapewnić siekiera wbita w próg obory, dobrze też było mieć zawieszony w niej sierp. W Rusalną Pjatnicęwróżek. Wielu rozmówców pamiętało jeszcze, jak w latach przedwojennych, również w celach ochronnych, toczono z góry płonące koło obwinięte słomą – mówiono, że jak czarownica zobaczyła takie koło, to już mleka nie mogła odebrać. Zwierzęta wypuszczano trochę później (albo wcale), tak koło południa, kiedy już te kobiety przeszły, a i tak najlepiej było nie iść z własnymi krowami jako pierwszemu – czekano, aż inni wyprowadzą swe zwierzęta pierwsi lub pędzono przed krowami na przykład barana. Dawniej przepędzano krowy nawet przez ogień. Idąc na pastwisko należało zachować szczególną ostrożność, baczyć, by nic nie leżało na drodze, by przypadkiem nie paść ofiarą.

Prócz tych wszystkich zabiegów za najlepszą możliwą ochronę (i pomoc w przypadkach, gdy inna ochrona zawiodła) uważana jest po dziś dzień pomoc boska – wszelkie poświęcone rzeczy (najczęściej sól i woda, ale też palma wielkanocna i zioła) oraz przede wszystkim modlitwa. W intencji krów, albo całego gospodarstwa, daje się na msze do cerkwi, kupuje świeczki, zostawia ofiarę, choć kilka hrywien, w odwiedzanych monastyrach (zwykle najbliższych – jak w Mukaczewie na Zakarpaciu, notabene pod wezwaniem św. Mikołaja – patrona bydła). Prosząc o modlitwę niektórzy nawet podają imiona krów. Również w ciągu roku w niektórych wsiach (przede wszystkim na św. Jurija i Trijcu) są odprawiane specjalne msze za zdrowie bydła. Prócz tego ludzie oczywiście modlą się indywidualnie. W zasadzie nie odmawia się specjalnych modlitw za krowy, choć wiele osób pamięta, że takie były. Nieraz słyszałam narzekania, że dziś dzieci nie znają tylu modlitw, że uczy się je tego, co nie potrzebne. Dobrze w intencji krów modlić się do św. Jurija(Irja)/Heorhija (św. Jerzego i Grzegorz), uważanego za patrona bydła. Wspominano mi też, że dobrym dniem na modlitwy za zwierzęta jest każdy poniedziałek – niektórzy, zwykle ci, którym krowy dobrze się nie hodują, poszczą w ten dzień – nie jedzą mięsa ani przede wszystkim produktów mlecznych by wiodło im się z krowami.

Isprzedwojenny wypas pod Pikujemtnieją również sposoby mające pomóc w przywróceniu krowie dawnego zdrowia i mleczności, gdy już padły ofiarą działań bosurkanił, choć w zasadzie mało kto wspominał o udawaniu się w tym celu do obecnych przecież we wsiach weterynarzy. Zdecydowanie częściej szukano pomocy u ludzi, którzy umieli „dać radę”. Mówi się, że najczęściej pomagali modlitwą, chociaż tak do końca to nikt nie wie jak. Mimo że wizyty u takich ludzi często uważane były za grzech, to sporo osób, zmuszonych trudną sytuacją, uważało je za ostatni ratunek. Chyba w każdej z odwiedzonych przeze mnie wsi były takie osoby (albo przynajmniej trwała o nich pamięć), zwykle już stare i schorowane, nie bardzo chętne do rozmów na te tematy.

 

Niektórzy starali się pomóc krowie o własnych siłach. Wykorzystywano w tym celu węgiel i święconą wodę, sól, czosnek, słyszałam o gotowaniu igieł. Jedna z metod polegała na dokładnym powtórzeniu tego, co, przypuszczalnie, zrobiła bosurkania odbierając mleko – należy „wziąć” krowi ślad, posolić go (święconą solą zapewne) i dać do polizania krowie – wtedy mleko wróci. Wystarczy też podobno dać krowie do polizania kawałek ubrania takiej wiedźmy. Nie zawsze jednak pomoc okazywała się skuteczna (podobno krowie, której odebrano mleko w niedzielę lub święto nie dało się pomóc), nie wszyscy też próbowali cokolwiek robić, bowiem albo nie wierzyli w skuteczność takich praktyk, albo traktowali je jako z gruntu złe. Często czekano aż „samo przejdzie”, a jeśli nie, to po prostu sprzedawano krowę.

 

Na terenach Bojowszczyzny przetrwało wiele dawnych tradycji, zwyczajów i wierzeń, nie tylko związanych z chowem bydła. Taką zachowawczość często przypisuje się właśnie regionom górskim. Tereny te zwykle uważa się za peryferyjne, konserwatywne czy nawet archaiczne, co „nie oznacza jednak niezmiennego w formie charakteru tej kultury, ale raczej szczególne bogactwo folkloru” (Ząbek 2001, s. 11). Jak mogliśmy się przekonać, wyjątkiem nie jest tu Bojkowszczyzna, która poza malowniczymi górskimi widokami zachwyca właśnie swoją kulturą.


Bibliografia:

Baranowski B.1967b, Magiczne wierzenia ludowe związane z chowem krów, (w:) Zanik tradycyjnego chowu krów oraz wierzeń i zabobonów z nim związanych na terenie obecnego woj. Łódzkiego, Łódź.

Ciołek T. M., Olędzki J., Zadrożyńska A., Wyrzeczysko – o świętowaniu w Polsce, Białystok.

Kowalski P., 1998, Leksykon Znaki Świata, Warszawa

Majewski E., Jarecki W., 1903, Bydło w mowie, pojęciach i praktykach ludu polskiego, „Wisła” t. XVII.

Tywodar M., 1994, Tradycijne skotarstwo ukrainskych Karpat druhoj połowyny XIX – perszoj połowyny XX st., Użhorod.

Ząbek M., 2001, Góry a kultura ludów górskich, (w:) Pasterstwo na Huculszczyźnie, red. J. Gudowski, Warszawa.


[1] 2005 – 2006, w ramach badań finansowanych przez Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW.

Opinie:
Dodaj opinie
+ dodaj
Pytania:
Zadaj pytanie:
+ dodaj
pobierz artykuł
 
<< poprzedni artykuł następny artykuł >>
 

Szukaj

 

Newsletter

zapisz wypisz

 
Osobiście segreguję. A ty ?
Zarząd Główny Ligii Ochrony Przyrody informuje, że uruchomiony został Portal Osobiście – Segreguję.
Projekt jest finansowany ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Portal Osobiście - Segreguję będzie... >więcej
 
Nowy projekt